niedziela, 20 grudnia 2015

[Dobra strona] ~Goniec~ Joshua

Nagle wszyscy jakby odżyli. Cóż za paranoja - aby poruszyć całą społecznością potrzebna jest jakaś tragedia. Usłyszałem krzyk i pobiegłem za śladem Kevina. Nagle niczym wicher minęła mnie sylwetka Amande, która w prawej dłoni trzymała sztylet, z którego kapała świeża krew. Drzwi do komnaty króla były uchylone na oścież. Książę leżał i łkał głośno przy łożu martwego króla. Wszystko było jasne. Uciekająca w popłochu księżniczka okazała się parszywą królobójczynią. Nigdy nawet nie śniło mi się, że będę świadkiem tak rychłej śmierci króla. Władca ten zawsze stanowił dla mnie wzór do naśladowania. On wychował mnie na prawdziwego mężczyznę, który wie, jak powinien godnie postępować. Nauczył mnie całego kodeksu rycerskiego i pomimo nie przynależenia do batalionu rycerzy, pozwalał mi ćwiczyć pod okiem najlepszych generałów.
Otarłem łzę, która znalazła się już na policzku, a sekundę później położyłem dłoń na ramieniu Kevina. Ten spojrzał na mnie.
- Gdybym tylko wiedział… nie doszłoby do tego - powiedział do mnie, trzęsąc się albo z rozpaczy albo ze złości. Czułem, że kumulują się w nim tej chwili przeróżne emocje.
- To nie jest tylko Twoja wina. Wszyscy zawinęliśmy - odparłem i odwróciłem się od niego plecami, robiąc krok na przód.
Czułem, że nie powinienem stać z założonymi rękami. Tu trzeba działać w miarę szybko, ale też z głową. Potrzebowałem jakiegoś planu, bardzo dobrego.
- Kevin, zostaw to mnie, przyprowadzę Amande z powrotem do domu - powiedziałem i tym samym opuściłem komnatę króla.
Idąc długim korytarzem próbowałem uporać się z niebieską marynarką, którą dostałem kiedyś na urodziny od Amande, jednak ona sama mi jej nie wręczyła. Zrobiła to służba. Księżniczka miała powiedzieć, że pasuje do mnie, ale jak już mówiłem - były to tylko puste słowa gospodyni.
Gdy tylko wyszedłem z zamku, zatrzymałem się i kucnąłem. Na ziemi nadal widoczne były ślady stóp Amande. Może i zlewały się trochę z wcześniejszymi wędrówkami gości i mieszkańców zamków, ale te były na swój sposób charakterystyczne. Nie widziałem nigdy mniejszej stopy.
- Joshua! - Usłyszałem głos księcia, więc posłusznie odwróciłem się.
Nie trudno było zauważyć, że towarzyszy mu pies. Od razu rozpoznałem Rafaela, psa rasy Foxhound Amerykański, który stanowi największego asa wśród królewskich psów gończych.
- Nawet najlepszy goniec potrzebuje swojego psa - powiedział Kevin i uśmiechnął się lekko, chociaż było mu w tej chwili bardzo ciężko.
Podszedłem do niego bliżej i pokłoniłem się, jakby zapominając o tym, że łączyły nas kiedyś dobre stosunki. W tej chwili jego wyniosłość i powaga sprawiały wrażenie, jakby stała przede mną zupełnie inna osoba. Król… mój władca.
- Obiecuję, że przyprowadzę Amande w jednym kawałku za wszelką cenę, chociażbym miał splugawić swoje imię. Nie poddam się.
- Jeśli tak mówisz… w takim razie, liczę na Ciebie, Joshua - powiedział, składając w moje ręce smycz psa.
Wstałem i wraz z psem oddaliliśmy się wgłąb lasu. Rafael szedł za śladami, które stanowiły nasz jedyny, dosyć niepewny trop. Mieliśmy ogromne szczęście, że śnieg pokrywał całą ściółkę leśną. Las był jak zwykle przerażająco cichy, tylko od czasu do czasu można było usłyszeć śpiew ptaków. Gęste korony drzew sprawiały, że nie było słychać podmuchów wiatru.
Niedługo potem ślad przepadł, gdy tylko doszliśmy do jakiegoś jeziorka. Wyglądało to tak, jakby Amande weszła do jeziora i jakby przepadła raz na zawsze. Oczywiście nie mogłem się z tym pogodzić, więc od razu wszedłem na pokrytą lodem wodę i dokładnie badałem to, co było pod lodem.
- To nic nie da dopóki dokładnie nie sprawdzę jeziora - powiedziałem do siebie i zacząłem się rozbierać. Pies spojrzał na mnie i przychylił głowę.
Ściągnąłem kurtkę i koszulkę, po czym wskoczyłem do lodowatej wody. Przez ponad minutę dokładnie badałem dno jeziora. Pies zwariował, wciąż słyszałem jego szczeknięcia, jakby próbował mi przypomnieć, że powinienem natychmiast się wynurzyć, albowiem skończy mi się tlen w płucach. Powód mógł być też nieco inny.
Na szczęście najgorszy scenariusz, który ułożyłem w swojej głowie, nie spełnił się. Amande nie popełniła samobójstwa, dlatego spokojny mogłem wypłynąć na powierzchnię. Pies podbiegł do mnie z kurtką w pysku.
- Dzięki, Rafael - powiedziałem do niego, zakładając ubranie.
Nie przejmowałem się przemoczonym, zimnym ciałem. Mój organizm był tak uodporniony, że praktycznie nie zdarzało mi się chorować.
Poszliśmy dalej w podróż, jednak nie wiedzieliśmy, gdzie mamy się dokładnie udać. Nie było żadnych wskazówek, więc postanowiłem po prostu znaleźć jakąś żywą duszę, która wskaże mi właściwą drogę.
Jednak łatwo powiedzieć, a trudno wykonać. Szedłem długo, ale za żadne skarby nie mogłem nikogo znaleźć. W końcu trafiłem do jakiejś pobliskiej wioski. Zastukałem w pierwsze lepsze drzwi jakiegoś starego domu.
Wtem poczułem, jak tajemnicza aura mnie przytłacza. Moje ciało zrobiło się dziwnie zwiotczałe, a nogi stały się ciężkie jak pięć ton kamieni.
- O co chodzi? - zapytał kobiecy głos, który dobiegł z przymkniętych drzwi.
- Em… ja chciałem się zapytać… O pewną kobietę, szukam wieszczki - powiedziałem trochę niepewnie.
Stara, pomarszczona ręka kobiety chwyciła mnie za nadgarstek i pociągnęła do środka, zatrzaskując Rafaelowi drzwi przed nosem, co wywołało w psie niepokój. Zaczął szczekać i drapać w wycieraczkę.
- Siadaj, chłopie - powiedziała z lekko ochrypniętym głosem, wskazując na stół z krzesłami na samym środku ogromnego pokoju. To wyglądało, jakby dom ten nie miał żadnych innych pokoi oprócz tego jednego.
Usiadłem, jak kazała, a ona wróciła do mnie chwilę później z jakąś wiekową, zakurzoną książką. Otworzyła i zaczęła w niej maniakalnie czegoś przeszukiwać.
- Przepraszam, ja…
- Zamknij się! - przerwała - Wiem o Tobie wszystko, gońcu! Szukasz księżniczki Amande, ale samo odnalezienie jej i przyprowadzenie nie wystarczy! Kluczem do odczarowania jej jest wyciągnięcie jej z obłędu.
Patrzyłem, jak kartkuje wciąż księgę. Wydawało mi się, że potrwa to wieki. Mijała minuta za minutą, aż w końcu prawie zasnąłem. Prawie, bo w tej samej chwili dostałem czymś ciężkim w głowę. Spojrzałem na wieszczkę.
- Nie spać mi tu! Mam rozwiązanie, ale nie dam Ci go za darmo - powiedziała, przysuwając ku mnie kartki położone pismem do dołu.
- Zapłacę, ile zapragniesz - rzekłem, machając prawą ręką.
Wieszczka wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem, który po pół minucie nagle ucichł. Spojrzała na mnie z przymrużonymi, przerażającymi oczami.
- Nie potrzebuję Twoich pieniędzy. Chcę coś innego… Chcę Twojego psa - określiła się i uśmiechnęła jakby odmieniona.
- Nie oddam Rafaela - powiedziałem stanowczo.
- To ja nie oddam Ci tych papierów.
Spojrzałem na nią, a potem przeniosłem swój wzrok na drzwi. Co jak co, ale tego psa nie mogłem oddać nikomu. Rafael nie jest zwykłym psem, tak naprawdę to najmądrzejszy pies, jaki stąpał po tej ziemi.
Wiedziałem, że nie pójdę na ugodę z wieszczką. Zdecydowałem się wbić sztylet w jej dłoń. Kobieta wrzasnęła z bólu, a ja szybko zabrałem papiery i wybiegłem z jej domu.
- Szybko, Rafael! - krzyknąłem do psa i w popłochu uciekliśmy wgłąb miasta.
Zorientowałem się, że babka wieszczka nas ściga, więc zdecydowałem się na kradzież konia, który stał przy budynku ratusza i szybki powrót do królestwa. Oczywiście czułem, że to co zrobiłem nie było w najmniejszym stopniu honorowe, ale musiałem się poświęcić dla dobra królestwa i Amande.
W ciągu godziny dobiegłem do pałacu cały i zdrowy, pies również. Poszedłem do środka i położyłem zwój na biurku księcia Kevina.
- Wziąłem to od wieszczki. Według niej, powinna tam się znajdować kryjówka Amande - powiedziałem trochę zasapany.
Bałem się, że wieszczka mogła napisać to wszystko jakimś dziwnym atramentem albo w ogóle oszukać mnie i nie oddać tego, co powinna, ale tu było napisane wszystko od A do Z, a treść tego była następująca:
Księżniczka Amande znajduje się w najdalej oddalonym zakamarku królestwa, gdzie słońce wschodzi najwcześniej, a zachodzi najpóźniej. Przyprowadzić ją tu trzeba w ciągu następnych pięć nocy, albowiem potem czaru nie będzie można zdjąć. Osoba, która posiadać będzie taką moc, znać będzie Amande najlepiej ze wszystkich i nie będzie to spokrewniona z nią osoba. Tylko najszczerszy czar zdejmie z niej urok.
- Jedno jest pewne, będziesz musiał wyruszyć po nią wraz z druidem - powiedział książę, zwijając z powrotem pergamin.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz