czwartek, 7 stycznia 2016

[Zła strona] ~Kruk~ Pomoc

Brak komentarzy:
Bicie serca, strach który przejął kontrolę nad całym moim ciałem. Wszędzie słyszałam krzyki ludzi i groźne warczenie psów, jak metal broni się o siebie ociera. W świetle pochodni moje oczy mogły dostrzec białe kły wygłodniałych bestii, które były coraz bliżej mnie. Nie mogłam lecieć, próbowałam się zbić w powietrze jednak ogromny ból coraz bardziej rozszarpywał me skrzydło.
Skrzeczenie wielu innych ptaków doprowadzało mnie do szaleństwa, powodując większy napływ paniki i próby ucieczki.
Jednak czułam, że to wszystko jest na marne.
W pewnym momencie cały ten hałas ucichł, a to wszystko zniknęło pozostawiając mnie samotną w środku lasu. Nie wiedziałam co się dzieje, otworzyłam przerażona oczy.
Przede mną stała piękna, młoda kobieta i wyciągnęła ku mnie dłoń. Gdy wyciągnęłam swoje ranne skrzydło moim oczom ukazała się ludzka ręka. Wstałam w popłochu jednak od razu opadłam na ziemię.
-Co się stało?- zapytałam cicho, nie wierząc w ten cud. Stałam się człowiekiem w jednej chwili, zawsze pragnęłam poznać ich świat i do niego należeć.
-Uratowałam Cię drogi kruku..- wyznała ze stoickim spokojem i pomogła mi wstać.
-Dziękuję Ci o Pani.. W podzięce będę stać ku twego boku wiernie i na wieki..- powiedziałam lekko kłaniając się.
Księżniczka Amande zajęła się mną dając mi schronienie daleko od pałacu gdzie byłam bezpieczna. Nauczyła mnie czytać i pisać, pokazała mi kulturę i zasady ich świata. Często gdy czułam się samotna przylatywałam do niej pod postacią kruka i obserwowałam jej zajęcia i jak spędzała czas z rodziną. Mogłam powiedzieć że te dni były beztroskie, jednak me oczy dostrzegły coś mrocznego w jej duszy. Martwiło mnie to, jednak bałam się zapytać.

~~~~

Siedziałam spokojnie w niewielkim salonie w opuszczonej strażnicy którą obrosły rośliny i zapomniał o niej czas. Mimo że to miejsce było straszne i mroczne, mogłam bez problemu nazwać go domem. Czytałam książkę która mi podarowała Księżniczka bym poduczyła się. Ciepło ognia rozpalonego w kominku dawał mi poczucie bezpieczeństwa.
Jednak nagle mój spokój został przerwany, do środka wparowała Amande była cała przemoczona i roztrzęsiona. Od razu rzuciłam się by jej pomóc. Pomogłam jej dojść do kominka i przykryłam ją kocem. Nie zadawałam pytań, wolałam by się najpierw uspokoiła i ogrzała. Słyszałam jak jej serce mocno bije, a cało drży z zimna.
-Ogrzej się, a ja zaparzę ci herbaty..- wydukałam i od razu ruszyłam w kierunku tacy z wrzątkiem i małymi filiżankami. Gdy przygotowywałam napar, poparzyłam się jednak zlekceważyłam ból i podałam jej ciepły napój.
-Księżniczko, możesz mi powiedzieć co się stało?- zapytałam było można dostrzec niepokój który szalał w mych oczach.
-Ja nie mogę wrócić..- wydukała drżącym głosem, jednak w jeden sekundzie uspokoiła się.
-Nie interesuj się! Leć do Królestwa i sprawdź co się tam dzieje..- jej głos nagle zmienił się. Był ostry i agresywny, nie chciałam jej się sprzeciwiać.
-Dobrze..- pogłaskałam ją po głowie dodając otuchy.
-Gdy będziesz gotowa, opowiesz mi wszystko.- ucałowałam ją w włosy i od razu przemieniłam się w kruka. Wyleciałam przez uchylone lekko drzwi, wzbijając się wysoko ponad chmury. Może tam się dowiem czegoś, co się właśnie wydarzyło.
Gdy tylko dotarłam na miejsce dowiedziałam się że całe królestwo pogrążyło się w żałobie po śmierci Króla. Usiadłam przy oknie które było lekko uchylone, już dawno wiedziałam że karczma to najlepsze źródło informacji.
-Zabójca! Trzeba ją znaleźć i zabić!- krzyknął jeden z wojów i rzucił kuflem z piwem.
-A skąd wiadomo że to ona?- jakaś kobieta nieśmiało zapytała, mężczyzna oburzony podniósł pięść i wypchnął pierś.
-Mój brat jest w Królewskiej Straży! Widział na własne oczy! To Księżniczka Amande zabiła Króla!- krzyknął. Gdy usłyszałam to nie mogłam uwierzyć, znałam ją i wiedziałam że by nie potrafiła skrzywdzić własnego ojca. Kochała go tak bardzo, z własnej woli by nigdy tego nie dokonała. Od razu wzbiłam się i doleciałam do zamku by dowiedzieć się czegoś więcej. Bez problemu dostałam się do środka i nasłuchiwałam tego co każdy mówi i zapamiętywałam każde słowo. Służące rozmawiały o starszej kobiecie nieopodal jakieś wioski która zajmowała się magią i przewidywała przyszłość. Nie rozumiałam jaki może mieć to związek z tym wszystkim.
Gdy nastał wieczór wyleciałam poza mury zamku i ruszyłam w stronę domu. W oczach miałam łzy, byłam roztrzęsiona tak bardzo że nie panowałam nad własnym ciałem. Wylądowałam niedaleko jakieś wioski i przybrałam postać kobiety.
-To nie możliwe..- w mojej głowie był chaos. W pewnym momencie przypomniały mi się słowa sług z pałacu. Rozmawiały o kobiecie która widzi wszystko, mogę ją znaleźć i dowiedzieć się czegoś co może mi pomóc. Nagle poczułam czyjąś rękę na swym ramieniu. Odwróciłam się od razu sprawdzić kto to, była to staruszka z masą drewna na opał.
-Może mogę Pani pomóc?- od razu zaproponowałam a ona zadowolona pomachała głową. Uznałam że jest niemową, wzięłam od niej kosze z masą gałęzi i ruszyłam za nią. Wpuściła mnie do małej chatki i pokazała gdzie mam pozostawić koszyki. Od razu to zrobiłam.
-Usiądź dziecko..- pokazała miejsce na przeciwko stołu przy którym siedziała.
-Chyba że mam do ciebie się zwracać Kruku albo może Clodio?- uśmiechnęła się a ja od razu spoczęłam.
-Skąd o tym wiesz?- zapytałam od razu.
-Ja wiem wszystko, urocza z ciebie dziewczynka i taka pomocna. Takich ludzi teraz z świecą szukać! Był u mnie jakiś młodzian, zero manier! Jak ja nie znoszę chłopów!- powiedziała niezadowolona.
-Chciałam ciebie poszukać! Spadłaś mi z nieba..- nagle mi przerwała.
-Wiem, widzę w tobie niepewność ale także miłość którą obdarowujesz Księżniczkę.. Ale czy chcesz spytać o nią? Możesz dowiedzieć się co ciebie czeka moja droga..- uśmiechnęła się. Ja wzięłam głęboki wdech.
-Staruszko, dowiedziałam się dzisiaj że Król nie żyje.. został zamordowany przez swą córkę. Jednak ja wierzę że Amande jest dobrą i łagodną istota. To nie ona! To coś… co w niej jest..- wydukałam z lekkim przerażeniem.
-Ona jest w potrzebie.. gdy ona będzie szczęśliwa to ja także więc proszę Cię o pomoc..- skłoniłam lekko głową. Miałam nadzieje że kobieta zrozumie i mi da podpowiedź jak mogę sprawić by Księżniczka była szczęśliwa i wolna.
-A więc dobrze..- powiedziała a nagle świece w pomieszczeniu zapaliły się.
-Pięć nocy, pięć nocy a musi w tym czasie znaleźć się w miejscu w którym narodziła się.. Zamek, jej dom! Goniec, brat i kobieta o magicznych zdolnościach.. Gdyż najpotężniejszy czar może złamać tylko prawdziwa miłość.. Ty też tam jesteś moja droga..- szepnęła i zakończyła przemawiać. Wszystkie jej słowa wzięłam głęboko do serca.
-Dziękuje!- wstałam i przytuliłam ją mocno. Wieszczka dosłownie spadła mi z nieba, od razu wybiegłam na dwór i przemieniłam się w kruka. Leciałam jak najszybciej się dało by ujrzeć księżniczkę.
-Wróciłam!- krzyknęłam i opadłam na ziemię w postaci kobiety.
-O wszystkim wiem! Zostało pięć nocy! I najprawdziwsza miłość pokona najpotężniejszy czar!- podbiegłam do niej.
-Skąd to wiesz?- zapytała, jej wyraz twarzy był inny nie mogłam odczytać z niego jej emocji.
-Spotkałam wieszczkę! Proszę, pomogę ci, chce byś była szczęśliwa..- chciałam ją wziąć za rękę. Jednak ona nagle odwróciła się do mnie plecami i ruszyła do swojej komnaty.
-Idź! Leć i nasłuchuj!- jedyne co usłyszałam z jej ust, potem jedynie zamknęła się w ciemnym pomieszczeniu. Z moich oczu zaczęły płynąc łzy, co mogłam zrobić by ma przyjaciółka powróciła? Z rozpaczą wyleciałam z mego domu, i zmuszona byłam słuchać jej rozkazu.. Musiałam coś wymyślić, nie chciałam by zło zawładnęło nad jej ciałem.

niedziela, 20 grudnia 2015

[Dobra strona] ~Goniec~ Joshua

Brak komentarzy:
Nagle wszyscy jakby odżyli. Cóż za paranoja - aby poruszyć całą społecznością potrzebna jest jakaś tragedia. Usłyszałem krzyk i pobiegłem za śladem Kevina. Nagle niczym wicher minęła mnie sylwetka Amande, która w prawej dłoni trzymała sztylet, z którego kapała świeża krew. Drzwi do komnaty króla były uchylone na oścież. Książę leżał i łkał głośno przy łożu martwego króla. Wszystko było jasne. Uciekająca w popłochu księżniczka okazała się parszywą królobójczynią. Nigdy nawet nie śniło mi się, że będę świadkiem tak rychłej śmierci króla. Władca ten zawsze stanowił dla mnie wzór do naśladowania. On wychował mnie na prawdziwego mężczyznę, który wie, jak powinien godnie postępować. Nauczył mnie całego kodeksu rycerskiego i pomimo nie przynależenia do batalionu rycerzy, pozwalał mi ćwiczyć pod okiem najlepszych generałów.
Otarłem łzę, która znalazła się już na policzku, a sekundę później położyłem dłoń na ramieniu Kevina. Ten spojrzał na mnie.
- Gdybym tylko wiedział… nie doszłoby do tego - powiedział do mnie, trzęsąc się albo z rozpaczy albo ze złości. Czułem, że kumulują się w nim tej chwili przeróżne emocje.
- To nie jest tylko Twoja wina. Wszyscy zawinęliśmy - odparłem i odwróciłem się od niego plecami, robiąc krok na przód.
Czułem, że nie powinienem stać z założonymi rękami. Tu trzeba działać w miarę szybko, ale też z głową. Potrzebowałem jakiegoś planu, bardzo dobrego.
- Kevin, zostaw to mnie, przyprowadzę Amande z powrotem do domu - powiedziałem i tym samym opuściłem komnatę króla.
Idąc długim korytarzem próbowałem uporać się z niebieską marynarką, którą dostałem kiedyś na urodziny od Amande, jednak ona sama mi jej nie wręczyła. Zrobiła to służba. Księżniczka miała powiedzieć, że pasuje do mnie, ale jak już mówiłem - były to tylko puste słowa gospodyni.
Gdy tylko wyszedłem z zamku, zatrzymałem się i kucnąłem. Na ziemi nadal widoczne były ślady stóp Amande. Może i zlewały się trochę z wcześniejszymi wędrówkami gości i mieszkańców zamków, ale te były na swój sposób charakterystyczne. Nie widziałem nigdy mniejszej stopy.
- Joshua! - Usłyszałem głos księcia, więc posłusznie odwróciłem się.
Nie trudno było zauważyć, że towarzyszy mu pies. Od razu rozpoznałem Rafaela, psa rasy Foxhound Amerykański, który stanowi największego asa wśród królewskich psów gończych.
- Nawet najlepszy goniec potrzebuje swojego psa - powiedział Kevin i uśmiechnął się lekko, chociaż było mu w tej chwili bardzo ciężko.
Podszedłem do niego bliżej i pokłoniłem się, jakby zapominając o tym, że łączyły nas kiedyś dobre stosunki. W tej chwili jego wyniosłość i powaga sprawiały wrażenie, jakby stała przede mną zupełnie inna osoba. Król… mój władca.
- Obiecuję, że przyprowadzę Amande w jednym kawałku za wszelką cenę, chociażbym miał splugawić swoje imię. Nie poddam się.
- Jeśli tak mówisz… w takim razie, liczę na Ciebie, Joshua - powiedział, składając w moje ręce smycz psa.
Wstałem i wraz z psem oddaliliśmy się wgłąb lasu. Rafael szedł za śladami, które stanowiły nasz jedyny, dosyć niepewny trop. Mieliśmy ogromne szczęście, że śnieg pokrywał całą ściółkę leśną. Las był jak zwykle przerażająco cichy, tylko od czasu do czasu można było usłyszeć śpiew ptaków. Gęste korony drzew sprawiały, że nie było słychać podmuchów wiatru.
Niedługo potem ślad przepadł, gdy tylko doszliśmy do jakiegoś jeziorka. Wyglądało to tak, jakby Amande weszła do jeziora i jakby przepadła raz na zawsze. Oczywiście nie mogłem się z tym pogodzić, więc od razu wszedłem na pokrytą lodem wodę i dokładnie badałem to, co było pod lodem.
- To nic nie da dopóki dokładnie nie sprawdzę jeziora - powiedziałem do siebie i zacząłem się rozbierać. Pies spojrzał na mnie i przychylił głowę.
Ściągnąłem kurtkę i koszulkę, po czym wskoczyłem do lodowatej wody. Przez ponad minutę dokładnie badałem dno jeziora. Pies zwariował, wciąż słyszałem jego szczeknięcia, jakby próbował mi przypomnieć, że powinienem natychmiast się wynurzyć, albowiem skończy mi się tlen w płucach. Powód mógł być też nieco inny.
Na szczęście najgorszy scenariusz, który ułożyłem w swojej głowie, nie spełnił się. Amande nie popełniła samobójstwa, dlatego spokojny mogłem wypłynąć na powierzchnię. Pies podbiegł do mnie z kurtką w pysku.
- Dzięki, Rafael - powiedziałem do niego, zakładając ubranie.
Nie przejmowałem się przemoczonym, zimnym ciałem. Mój organizm był tak uodporniony, że praktycznie nie zdarzało mi się chorować.
Poszliśmy dalej w podróż, jednak nie wiedzieliśmy, gdzie mamy się dokładnie udać. Nie było żadnych wskazówek, więc postanowiłem po prostu znaleźć jakąś żywą duszę, która wskaże mi właściwą drogę.
Jednak łatwo powiedzieć, a trudno wykonać. Szedłem długo, ale za żadne skarby nie mogłem nikogo znaleźć. W końcu trafiłem do jakiejś pobliskiej wioski. Zastukałem w pierwsze lepsze drzwi jakiegoś starego domu.
Wtem poczułem, jak tajemnicza aura mnie przytłacza. Moje ciało zrobiło się dziwnie zwiotczałe, a nogi stały się ciężkie jak pięć ton kamieni.
- O co chodzi? - zapytał kobiecy głos, który dobiegł z przymkniętych drzwi.
- Em… ja chciałem się zapytać… O pewną kobietę, szukam wieszczki - powiedziałem trochę niepewnie.
Stara, pomarszczona ręka kobiety chwyciła mnie za nadgarstek i pociągnęła do środka, zatrzaskując Rafaelowi drzwi przed nosem, co wywołało w psie niepokój. Zaczął szczekać i drapać w wycieraczkę.
- Siadaj, chłopie - powiedziała z lekko ochrypniętym głosem, wskazując na stół z krzesłami na samym środku ogromnego pokoju. To wyglądało, jakby dom ten nie miał żadnych innych pokoi oprócz tego jednego.
Usiadłem, jak kazała, a ona wróciła do mnie chwilę później z jakąś wiekową, zakurzoną książką. Otworzyła i zaczęła w niej maniakalnie czegoś przeszukiwać.
- Przepraszam, ja…
- Zamknij się! - przerwała - Wiem o Tobie wszystko, gońcu! Szukasz księżniczki Amande, ale samo odnalezienie jej i przyprowadzenie nie wystarczy! Kluczem do odczarowania jej jest wyciągnięcie jej z obłędu.
Patrzyłem, jak kartkuje wciąż księgę. Wydawało mi się, że potrwa to wieki. Mijała minuta za minutą, aż w końcu prawie zasnąłem. Prawie, bo w tej samej chwili dostałem czymś ciężkim w głowę. Spojrzałem na wieszczkę.
- Nie spać mi tu! Mam rozwiązanie, ale nie dam Ci go za darmo - powiedziała, przysuwając ku mnie kartki położone pismem do dołu.
- Zapłacę, ile zapragniesz - rzekłem, machając prawą ręką.
Wieszczka wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem, który po pół minucie nagle ucichł. Spojrzała na mnie z przymrużonymi, przerażającymi oczami.
- Nie potrzebuję Twoich pieniędzy. Chcę coś innego… Chcę Twojego psa - określiła się i uśmiechnęła jakby odmieniona.
- Nie oddam Rafaela - powiedziałem stanowczo.
- To ja nie oddam Ci tych papierów.
Spojrzałem na nią, a potem przeniosłem swój wzrok na drzwi. Co jak co, ale tego psa nie mogłem oddać nikomu. Rafael nie jest zwykłym psem, tak naprawdę to najmądrzejszy pies, jaki stąpał po tej ziemi.
Wiedziałem, że nie pójdę na ugodę z wieszczką. Zdecydowałem się wbić sztylet w jej dłoń. Kobieta wrzasnęła z bólu, a ja szybko zabrałem papiery i wybiegłem z jej domu.
- Szybko, Rafael! - krzyknąłem do psa i w popłochu uciekliśmy wgłąb miasta.
Zorientowałem się, że babka wieszczka nas ściga, więc zdecydowałem się na kradzież konia, który stał przy budynku ratusza i szybki powrót do królestwa. Oczywiście czułem, że to co zrobiłem nie było w najmniejszym stopniu honorowe, ale musiałem się poświęcić dla dobra królestwa i Amande.
W ciągu godziny dobiegłem do pałacu cały i zdrowy, pies również. Poszedłem do środka i położyłem zwój na biurku księcia Kevina.
- Wziąłem to od wieszczki. Według niej, powinna tam się znajdować kryjówka Amande - powiedziałem trochę zasapany.
Bałem się, że wieszczka mogła napisać to wszystko jakimś dziwnym atramentem albo w ogóle oszukać mnie i nie oddać tego, co powinna, ale tu było napisane wszystko od A do Z, a treść tego była następująca:
Księżniczka Amande znajduje się w najdalej oddalonym zakamarku królestwa, gdzie słońce wschodzi najwcześniej, a zachodzi najpóźniej. Przyprowadzić ją tu trzeba w ciągu następnych pięć nocy, albowiem potem czaru nie będzie można zdjąć. Osoba, która posiadać będzie taką moc, znać będzie Amande najlepiej ze wszystkich i nie będzie to spokrewniona z nią osoba. Tylko najszczerszy czar zdejmie z niej urok.
- Jedno jest pewne, będziesz musiał wyruszyć po nią wraz z druidem - powiedział książę, zwijając z powrotem pergamin.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

[Kolejka] zmiana na prośbę (16.12.15r.)

1 komentarz:

 1 - Goniec
 2 - Kruk
3 - Druid
4 - Liderzy
5 - Druid
6 - Kruk
7 - Goniec
8 - Zakończenie

Więc zaczynamy~

Jeśli chcecie zmaian w kolejce wystarczy napisać
Miłej zabawy

L & A

[Zła Strona] ~Amande~ Wszystko przepadło

Brak komentarzy:
Bieg. Szaleńczo stawiane kroki i krótkie oddechy. Ślady na ziemi, rozmazane ale miarowe. Tak bardzo do tego przywykłam. Wszystko zmieniło się jednego dnia, jednego wieczoru gdy straciłam kontrolę. Chociaż bardzo bym tego pragnęła, nie potrafię cofnąć czasu.
Miejsca, które kiedyś były mi bliskie i sprawiały, że w sercu gościł spokój teraz były obce i stały się moją pułapką. 
Uciekaj.
Krzyczało coś w mojej głowie, a głos przeszywał mnie strachem, a ból był tak wielki, że traciłam zmysły.  Rozejrzałam się wokół. Zamkowy ogród wiał pustką. Wcześniej kwitnące krzewy pokryte były szronem, a gałęzie były wręcz rozpaczliwie gołe. Kwiaty zazwyczaj cieszące oko teraz były uschnięte i kruszyły się na zamarzniętą ziemię. Nawet nie poczułam, że chłód pochodzi ode mnie. Spojrzałam na swoje ręce. Lśniły bladym światłem, a były pokryte krwią. Tak samo jak moja suknia, wcześniej śnieżnobiała, teraz w szkarłatne plamy. Wyglądałam jak z najgorszego koszmaru, może dlatego, że właśnie go śniłam. A ten sen był prawdą. Usłyszałam zgrzyt metalu i szelest chóru kroków, krzyki. To straż nadworna. Dlaczego jednak biegli w moją stronę. Kiedy wypadli z zamku, spostrzegłszy mnie okrążyli, tak jak nie raz widziałam to na treningach mojego brata.
-O co chodzi? – zapytałam niepewnie robiąc krok do tyłu, a za sobą miałam tylko metr.
-Dobrze ci radze wiedźmo, poddaj się – krzyknął strażnik z przodu pokazując na mnie srebrzystą klingą miecza. Chciałam zapytać o co mu mu chodzi, dlaczego to robią… co ja zrobiłam. W głowie jednak zawitał znowu ten sam głos. Tak samo mocny i stanowczy jak wcześniej.
Uciekaj.
Jeden impuls przeszył całe moje ciało zatrzymując na ułamek sekundy bicie serca.
Dlaczego mnie nie słuchasz głupia dziewucho?!
Nikt nie słyszał tego wrzasku, choć potem sama wydobyłam z siebie ryk o jaki nigdy bym się nie podejrzewała. Ból jaki, czułam nie był fizyczny. Nie wiem czy ludzie są tego świadomi jak to jest, kiedy dusza rozrywa się na pół, kiedy własna głowa odmawia posłuszeństwa, a to co tak bardzo starałeś się powstrzymać zamyka cię w klatce i możesz tylko patrzeć. Robisz rzeczy, których nie pamiętasz a nie są one dobre. Nigdy nie były. Kiedy cały czas coś szepcze ci co masz robić, nakazuje, oprawia o ból miesza w głowie. Kiedy prowadzi monologi nie dając zasnąć, nie dojąc o sobie zapomnieć. Najgorsze jest jednak to, że w tej walce jest się samemu. Nikt tego nie słyszy. Cichego jedwabistego szeptu zmieniającego wszystko.
Dlatego właśnie jedyną rzeczą jaką jestem sobie w stanie przypomnieć jest bieg, jednostajny krzyk w mojej głowie.
Uciekaj.
Na mojej szacie pojawiło się więcej plam krwi, również mojej.
„Dlaczego?” Do oczu napłynęły mi łzy. Bezsilność. Przed oczami miałam twarze strażników w momencie gdy straciłam kontrole – nie żył. Wtedy zaczęła się pogoń, a ja nawet nie wiedziałam dokąd mam się udać.
Zabiłaś króla.
Wysublimowany szept przesiąknięty zawiścią rozbrzmiał w samym środku mojej głowy, a serce znowu zatrzymało się na chwile, by potem ruszyć szaleńczym rytmem.
Musiałam się zatrzymać i oprzeć o najbliższe drzewo. Wtedy usłyszałam za sobą . Musiałam jednak złapać oddech.
- Nie mogłam tego zrobić… mój ojciec… - po policzku spłynęła mi łza i gdybym mogła tylko zignorować nagły skurcz mięśni nakazujący dalszy wysiłek, zrobiłabym to . Ryzyko było zbyt jednak wielkie. Musiałam uciec. Nigdy też nie wracać. Jestem potworem, nie mogę już nikogo skrzywdzić.
Oh, głupiutka mała Lu, nawet nie wiesz jak bardzo jesteś słaba.
Kolejny szept odebrał mi zmysły.

czwartek, 10 grudnia 2015

[Dobra strona] ~Lider~ Kevin - W dzieciństwie

Brak komentarzy:
Mieliśmy wtedy po 4 lata. Ja, Amande i Joshua zawsze spędzaliśmy czas razem na wspólnej zabawie. Uwielbialiśmy bawić się w chowanego, a już zwłaszcza, w królewskich ogrodach. Wielki łuk z winorośli zdobił wejście, w którego centrum stała przepięknie zdobiona, w małe figurki aniołków, fontanna. Po prawej stronie od wejścia rosły przeróżne krzaki, kwiaty i inne rośliny, których nie potrafiłem, i do dzisiaj nie potrafię, rozróżnić. Ścieżki wyłożone były białym marmurem. Po lewej stronie był dosyć duży labirynt, wysoki na trzy metry. Znajdowała się tam też moja ulubiona kryjówka, za altaną oplecioną pnączami róży. Nikt nie mógł mnie tam znaleźć, a raz, sam się tam zgubiłem. Płakałem wtedy prawie do wieczora, dopóki Joshua mnie nie zlokalizował. Do dziś jestem mu za to wdzięczny, bo chyba nigdy bym się stamtąd nie wydostał. Amande zaś, często chowała się przy fontannie, która stała po środku ogrodów. Uwielbiała bawić się wodą. Zawsze bardzo ją ona ciekawiła, szczególnie to jak się zachowywała pod wpływem dotyku, wiatru i czy choćby spadających na nią kropel. Nigdy nie zwracałem na to większej uwagi. Lecz gdybym wtedy wiedział co miało się później wydarzyć, na pewno nie pozwoliłbym jej zbliżyć się do fontanny. Wszystko było w porządku, do czasu, kiedy do niej wpadła. W tamtym momencie usłyszeliśmy pisk, a kilka sekund po tym, chlupot wody. Natychmiast pobiegliśmy w tamtym kierunku. Fontanna była dosyć głęboka, a woda w niej, wcześniej przejrzysta, zmętniała. Joshua już miał tam wskoczyć, jednak nagły wytrysk wody odepchną nas na o parę metrów. Pozbierałem się czym prędzej aby zobaczyć co się stało. Byłem wstrząśnięty, nie potrafiłem sobie wyjaśnić, dlaczego coś takiego miało miejsce, bałem się, że moja siostra już nie żyje. W fontannie nie było ani kropli wody, nie było tam również żadnej dziewczynki. Naprawdę nie wiedziałem co się dzieje. Po chwili poczułem czyjąś rękę na swoim ramieniu. Obróciłem się i zobaczyłem bladą twarz chłopaka patrzącą ku niebu. Upadłem na ziemię, kiedy zobaczyłem wielką kulę wody, która unosiła się ponad nami. To stanowczo nie było normalne, a wręcz niemożliwe. Nie minęła chwila, a wybuchła oblewając całą najbliższą okolice. Kiedy otarłem oczy zobaczyłem jak moja siostra powoli opada z miejsca gdzie jeszcze przed momentem znajdowała się wodna anomalia. Joshua złapał ją i ułożył na ziemi. Amande jakby wyrwana jedynie z delikatnej drzemki, była chyba niczego nie świadoma. Otworzyła oczy i zaśmiała się do nas pytając, czemu mamy takie miny i z jakiego powodu jesteśmy cali mokrzy.
Choć wtedy o tym nie wiedziałem, mój ojciec obserwował to wszystko przez okiennice zamku. Gdy wróciliśmy do swoich komnat natychmiast przyzwał mnie i mojego przyjaciela. Moja siostra została u siebie, wydaje mi się, że król nie chciał by uczestniczyła w tej rozmowę. Wiedziałem, że szykuje się długi wykład. Ech, „wykłady” mojego ojca, które trwały nie raz i dwie godziny, były... no po prostu nie ma nic lepszego na świecie! Ku naszemu zdziwieniu nie zganił nas jednak, zwrócił jednak uwagę byśmy bardziej uważali. Zdaje się, że próbował nam coś przekazać, wtedy jednak nie rozumiałem a w mojej głowie kłębiło się bardzo wiele pytań. Nigdy ich jednak nie zadałem, czego teraz żałuje.
Po tym incydencie, ja i Joshua, trzymaliśmy Amande jak najdalej od tej felernej fontanny. Zaczęliśmy za to bawić się w lesie - biegać, zbierać owoce. Pewnego razu Joshua wspiął się na drzewo i przyniósł nam kilka jabłek oraz małą wiewiórkę. Daliśmy małemu zwierzątku malinkę i puściliśmy wolno, ta jednak łasa na jedzenie - wracała. Od tamtej pory zawsze przychodziliśmy w tamto miejsce i bawiliśmy się razem z nią. Amande, choć błędnie, mówiła na nią skunks. Nie dlatego, że śmierdziała, miała po prostu biały pasek na grzbiecie jak u takich zwierzaków. Nie miałem serca ani na tyle cierpliwość by tłumaczyć jej, że się myli. Ten mały "skunks" zawsze czekał na nas pod bardzo trudno dostępnym drzewem. Prowadziła do niego droga przez cierniowe zarośla, które nieraz sprawiły nam kilka małych ran. Pewnego dnia mała księżniczka postanowiła pokazać zwierzątku siebie w bardzo ładnej sukni. Oczywiście odradzałem jej to, ale ona ,uparta, nie chciała mnie posłuchać. Fioletowa suknia z falbankami, uszyta z jedwabiu, miała niewiarygodną tendencje do prucia się. Zwłaszcza pod wpływem cierni. Gdy znaleźliśmy się pod zaroślami mogłem poprosić Joshua'e aby przyniósł nam wiewiórkę.  Argh! Weszliśmy między ciernie osłaniając Amande i jej suknie przed uszkodzeniem. Niestety, malutka gałązka, ostra jak tasak, zahaczyła suknie mojej siostry. Nigdy nie widziałem takiej wściekłości. Na początku zaczęła krzyczeć tak głośno, że chyba cała leśna zwierzyna jak najszybciej opuścić las. Podszedłem do niej starając się ją uspokoić, ale jej oczy... Jej oczy były całe białe, pozbawione źrenic i tęczówki. Nim zdążyłem zareagować ona zapłonęła żywym ogniem. Jego języki lizały wszystko dookoła. Myślałem, że wszyscy spłoniemy. Ale ogień nie zajmował drzew i krzewów. Po chwili zniknął, a moja siostra upadła na ziemię. Kiedy się obudziła, nic nie pamiętała, tak samo jak przy incydencie z fontanną. Mój ojciec również nic  by się nie wiedział, gdyby nie jakaś kobieta, która widziała nas i powiedziała mu o wszystkim.
Lata mijały nam na osobności, ja i Joshua na walce oraz jeździe konnej,  zaś mojej siostrze na nauce zaklęć. Co prawda czasem się spotykaliśmy, ale było to dosyć żadko i jakoś inaczej. Mam na myśli, że moja siostra coraz bardziej zamykała się w sobie. Teraz już wiem czemu.
Któregoś razu mój ojciec ciężko zachorował. Wielu medyków z całego kraju nie widziało co mu dolega. Jedyne co byli w stanie stwierdzić to, że kilka lat życia. Ojciec chciał coś przekazać mnie i mojej siostrze. Gdy przybyła do zamku i zasiadła razem ze mną przy łożu naszego ojca, on przekazał nam nowinę. Wiedział, że zostało mu kilka lat życia, więc postanowił oddać mi koronę. Oboje byliśmy zaskoczeni, ale moja siostra nie cieszyła się z tego. Uciekła z zamku. Chciałem za nią pobiec ale ojciec mnie wstrzymał. Przez następne miesiące ciężko ćwiczyłem oraz uczyłem się etykiety, polityki, ekonomi i innego nudnych rzeczy. Stanowczo wolałem ćwiczyć z Joshuą. Zwłaszcza, że nigdy nie wygrałem z nim w uczciwej walce. Nadszedł jednak dzień mojego pierwszego zwycięstwa. Mimo iż początek przepowiadał moją rychłą porażke, ja nie miałem najmniejszego zamiaru się poddać. Powstałem z ziemi a Joshua na mnie zaszarżował. Szybki unik i cios w plecy zapewnił mi upragnione zwycięstwo. Natychmiast pobiegłem pochwalić się ojcu. Kiedy wbiegłem do komnaty, a była ona bardzo długa, zobaczyłem moją siostrę przy ojcu. Z początku ucieszyłem się, ale kiedy tylko podszedłem bliżej... Amande okazała się królobójczynią. Gdy wyciągnęła sztylet z piersi króla, wszystko było dla mnie jasne. Jedyne co zobaczyłem tuż przed jej zniknięciem to te same oczy, które widziałen wtedy w lesie. Oczy pełne obłędu i wściekłości. Obiecałem sobie w tamtej chwili, że wyciągnę ją z tego. Muszę jeszcze dopaść tą druidkę za to, co zrobiła mojej siostrze.

wtorek, 24 listopada 2015

~ Nabór Zamknięty ~

Brak komentarzy:
6 grudnia na poczcie uczestnicy znajdą wybory

!Pamiętajcie!
Na decyzję macie czas do 13 grudnia

Do tego czasu losowana jest kolejka
oraz wstawiane są opowiadania liderów

niedziela, 15 listopada 2015

Fabuła Sezonu "Opętanie"

Brak komentarzy:


Ferios. 
Ziemie sprawiedliwego i dobrego króla Gregora. 
Miał on piękną i dobrą żonę Anabell. 
Spodziewała się ona dziecka. 
Ku ich zaskoczeniu urodziły się bliźnięta, którym nadano imiona Amande i Kevin. 
Niedługi czas po porodzie kobieta zmarła gdyż wystąpiły komplikacje poporodowe. 
Król popadł w rozpacz, jednak wychowywał dzieci z całą ojcowską miłością. 
Od najmłodszych lata córka ta wykazywała wielki potencjał magiczny, z którym sobie nie radziła. 
Została odesłana pod opiekę nadwornego druida. 
Brat kochał swoją siostrę jednak ta była dla niego oschła, miała w głowie tylko jedno, chęć władzy. 
Po jakimś czasie, króla zmogła nieznana, śmiertelna choroba. 
Postanowił więc podzielić królestwo pomiędzy dzieci. 
Amande nie mogła pogodzić się z tą decyzją więc zamordowała ojca,
 jeszcze zanim królestwo miało poznać decyzję władcy. 
W tej chwili do pokoju konającego starca wszedł Kevin i zobaczył swoją siostrę całą we krwi króla
Chłopaka zamurowało, a dziewczyna korzystając z okazji znikła za pomocą swej mocy.

 [ Nabór trwa do 5 grudnia 2015r. ]

Zapraszamy do komentowania z pytaniami i rozmów na chacie ^^